,,Jesteś człowiekiem, potrafisz kochać i marzyć, ale nie zawsze tak jak trzeba"
22.03.2012r-czwartek
,,Ludzie są gotowi wierzyć we wszystko, ale nie w prawdę''
15.03.2012r.-czwartek
,,Człowiek rodzi się, by umrzeć''
Wszedłem do sali nie było jej umarła, nigdy już Clary nie zobaczę. Nie będę więcej pisał, miłego dnia, czy tam nocy.

12.03.2012r.- poniedziałek
,,Śmierć musi być piękna, skoro tyle ludzi o niej marzy.''
03.03.2012r. sobota
,,Nikt nie będzie mi rozkazywał, bo nikt za mnie nie umrze''
01.03.2012r. czwartek.
,,Jemy, aby żyć, a nie żyjemy, by jeść''
Od 14:00 siedzę u Cameron, czyli już około trzy godziny i nadal mi
się tam nie nudziło, chociaż musiałem już wracać do mojego domu, do
pustej atmosfery, gdzie ledwo da się wytrzymać. Musiałem wyjść i tak
zrobiłem, wpierw pożegnałem się z Cameron i z jej siostrą Bonnie,
blondynką o jasno niebieskich oczach w wieku James'a. Gdy otworzyłem
drzwi do domu, usłyszałem kłótnię między tatą a wujkiem, nie potrzebnie
weszłem, bo jak tylko mnie zobaczyli ucichli i rozeszli się. Dopiero
potem zoriętowałem się, żę moja ciocia Sussanne (mama James'a) siedziaa
na kanapie, zamyślona.
-O co się kłócili?-usiadłem obok niej.
Po chwili dopiero odpowiedziała, jakby mnie nie zauważyła.
-Nic ważnego Marysiu, ty mój.
Tak dobrze przeczytałaś/eś Marysiu, ciotka zawsze mnie tak nazywała, niby mi to nie przeszkadza.
-Ciociu...
-Aj no wybacz, nie będę ci już tak mówić.
-Nie o to chodzi.
-Tylko?
-Czy wy zawsze musicie mnie traktować jak gówniarza?
Wzruszyła
ramionami jakby ją to nie interesowało. Przewróciłem oczami i poszedłem
do pokoju, tam mogę się wyciszyć i pomyśleć w spokoju.
Jest około
23:00, a ja jak pijak siedzę nieopodal szkoły, sam. Nie ma wiele ludzi,
ale jak już są to patrzą na mnie i mam wrażenie, że ich oczy mówią,
,,wracaj dzieciaku do domu, a nie ludzi strasz".
,,Ludzie są gotowi wierzyć we wszystko, ale nie w prawdę''
Już jest dobrze, prawie. Jeszcze łez nie ogarnąłem, ale jest dobrze.
James mi pomógł. Cameron nawet raz była i też mnie pocieszała. Aż mi
siebie żal, no nic pójdę na cmentarz dopiero za tydzień w piątek.
Wstałem z łóżka, poprawiłem fryzurę, ubrałem się tak, aby wyjść do
szkoły, założyłem plecak. I wyszedłem z domu, nie zwracając uwagi na
wszystko. Wtedy na plecy wskoczyła mi Cameron.
-Wołałam Cię.
-Przepraszam, nie słyszałem.
Stanęła na palcach i otarła mi łzy, uśmiechnąłem się, to słodkie.
-No chodź na autobus, bo się spóźnimy.
Znowu się uśmiechnąłem i we dwójkę poszliśmy na autobus. Niestety nie chodzimy do tej samej szkoły.
W szkole nic ciekawego lekcja, przerwa, lekcja, przerwa, lekcja i tak
dalej. Kiedy wyszedłem ze szkoły, poszedłem z Choccolate na miasto jak
mu obiecałem. Skoczyliśmy do adidasa, bo chciał kupić sobie buty czy
coś, potem do pizzerii, zjedliśmy i następnie cały czas siedzieliśmy w
parku, gadaliśmy o różnych rzeczach, o szkole, nauczycielach, Justynie,
opowiadał o jakiejś imprezie co był ostatnio.
-Ej, a ty i Cameron to coś więcej?
Roześmiałem się, nawet sam nie wiem czemu.
-Nie, na razie nie.
-Aha, szkoda.
-Czemu szkoda?
-Nic, wracajmy już do domu.
-Spoko.
Wróciłem do domu. Pierwsze co zrobiłem to usiadłem przed komputerem i przeglądałem tumblr'a . Wtedy do pokoju weszła Justyna.
-Cześć, przyszłam tylko po tą teczkę.
-Okej, tam jest.
-Dzięki, życie mi uratowałeś.
I
wyszła z pokoju. Lubię Justynę, jest wspaniałą przyjaciółką, ale tylko
przyjaciółką. Popatrzyłem za okno, zobaczyłem Philip'a, brat Cameron.
Zobaczył mnie, ja to mam szczęście, serio. Jednak tylko uśmiechnął się i
poszedł dalej. Ja osobiście czuję się jak debil, ciekawe co sobie
pomyślał. Wstałem, zszedłem na dół i wyszedłem z domu na boisko, było
już ciemno, ale tylko dzięki temu będzie przyjemnie. Przesiedziałem tam 2
godziny, paląca papierosa i wróciłem do domu. Nikogo nie było, jak
zawsze, to smutne, ale chociaż mam spokój.
,,Człowiek rodzi się, by umrzeć''
Wszedłem do sali nie było jej umarła, nigdy już Clary nie zobaczę. Nie będę więcej pisał, miłego dnia, czy tam nocy.

12.03.2012r.- poniedziałek
,,Śmierć musi być piękna, skoro tyle ludzi o niej marzy.''
I ten moment kiedy w tak piękny dzień, siedzisz sobie na ławce wpatrując się w piękną Cameron. Dopóki
ona nie zauważy, że się w nią wpatrujesz i musisz oderwać wzrok, mimo
tego, że nie chcesz. Nagle poczułem czyiś dotyk na moim ramieniu. W
pewnej chwili pomyślałem, że to Cameron, dlatego z uśmiechem na twarzy
obróciłem się w stronę drugiej osoby, był to James, mój 15-letni kuzyn,
wyszedł wczoraj ze szpitala.
-Stęskniłeś się?-na jego twarzy nie mogło brakować uśmiechu, dawno go nie widziałem.
-Pewnie.
Wstałem i uścisnęliśmy się się, fajnie było go widzieć, brakowało mi go.
-Coś nowego u ciebie?
-Nie w sumie nie.
-Clara mi powiedziała, że ją odwiedzałeś.
-Znasz Clarę?
-Widziałem ją może 2 razy, a tak w ogóle przyszedłem tylko na chwilę, przywitać się.
-A jak się czujesz?
-Nawet ok, przyjdę wieczorem na fifę, dobra?
-Spoko, dawno cię nie ograłem.
-Taa.....widzę, że ciebie humor nie opuścił.
-Mnie, by opuścił?
-Racja, lecę pa, do wieczora.
-No, pa.
I ponownie usiadłem na ławce.
Wybiła
właśnie godzina 17;00, nie mam pojęcia co robić, chyba pójdę porysować.
Zastanawia mnie życie Cameron, Boże ja jej przecież w ogóle nie znam.
Boję się podejść. Wtedy do mojego pokoju gwałtownie wszedł Choccolate.
Wiecznie uśmiechnięty człowiek, bez większych trosk.
-Nudziło mi się, więc pomyślałem, że wpadnę-zaczął rozglądać się po pokoju i kontynuowałem-masz chęć wyjść na miasto?
Nie,
nie mam ochoty, ale w sumie to nie mam co robić, to musiałem się
zgodzić, a tak po za tym to Choccolate, nie odpuściłby mi tak szybko.
-Skoro nalegasz.
-Super! wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć zadzw....
Nie dokończył, bo na moje nieszczęście, weszła Cameron, fajnie, że przyszła, ale wybrała zły moment, bardzo zły.
-A to ja może nie przeszkadzam.
-Nie, zostań.
-Marshall, jutro przyjdę.
Głupi Choccolate, musiał być w tym momencie.
-Kto to?
-Sąsiadka.
-Bardzo ładna sąsiadka.
Ta... mu też się spodobała, nawet debil by to zauważył.
-Wiesz co, odpuśćmy sobie z miastem może za tydzień, do jutra.
I
wyszedł z pokoju. Chyba się zabije, dlaczego musiał ją widzieć. Znam go
i jeżeli naprawdę mu się podoba to nie odpuści, a ja będę miał
konkurencję i muszę się przyłożyć.
08.03.2012r.
,,Taniec jest jak
napad na bank, liczy się każda sekunda.’’
Nie chciałem go widzieć ani słyszeć.
Tego dnia wyszedłem z domu by mieć święty spokój. Skryłem się
niedaleko boiska za drzewami i zapaliłem papierosa. Tam był mój
kąt, mogłem usiąść na ławce i w samotności obmyśleć parę
spraw, lubię samotność. Poczułem chęć wygadania się komuś kto
mnie zrozumie. Wtedy usłyszałem śmiech dziewczyn, postanowiłem
się schować i poobserwować, niedobry ja. Usiadły na moim
miejscu, była to Cameron i jakaś dziewczyna. Miała loki, była
trochę wyższa od Cameron, brązowe włosy i zielone oczy. Cały
czas się śmiały i w sumie nie rozmawiały o niczym, co by mnie
zainteresowało. Mimo to nadal siedziałem cicho, co mi absolutnie
nie opłaciło. Gdy odeszły, wróciłem do domu w masakrycznym
stanie, byłem cały w błocie. Jednak mnie to nie bardzo
interesowało i poszedłem do pokoju. Usiadłem i włączyłem
laptopa, od razu pisząc z Choccolate czyli czekolada, oczywiście to
tylko przezwisko, naprawdę to Jack, przezywamy go tak, bo ma ciemne
brązowe włosy, ciemne piwne oczy i ciemną karnację. Gdy jednak
skończyliśmy popatrzyłem na godzinę i pomyślałem, że nie jest
jeszcze tak późno i pójdę do Clary zobaczyć jak się czuje. Po
20 minutach znajdowałem się przed salą i wszedłem. Usiadłem na
łóżku obok Clary i położyła głowę na moim ramieniu.
-Pamiętasz o mnie.
-Pomyślałem, że wpadnę.
-Sadzisz, że kiedy umrę?
-Przestań, nie myśl o tym.
-Dlaczego?
-Nie warto, ciesz się życiem.
-A ty się cieszysz życiem?
Nie odpowiedziałem, przykryłem ją do
spania i usnęła, ja wróciłem do domu, zaczynając czytać
książkę, nie ukrywam, że bardzo lubię czytać książki.
05.03.2012r. poniedziałek
,,Ludzie są jak różna, piękni, ale kłują''
Skończyłem lekcje i
kieruję się w stronę spożywczaka, aby kupić Clarze pomarańczę. Ciekawe
dlaczego akurat mnie poprosiła. Gdy już znajdowałem się naprzeciwko jej
sali, otworzyłem lekko drzwi. Jak postawiłem nogę w sali, momentalnie
mnie zauważyła, od razu się na mnie rzuciła czego się nie spodziewałem.
Mimo to odwzajemniłem uścisk i podałem jej pomarańczę. Zaczęła skakać,
cieszyła się i miło się patrzyło na nią. Wzięła do ręki pomarańczę i
usiadła na łóżku, dłonią poklepała po pierzynie dając mi znak, abym
usiadł.
-Za niedługo umrę, spotkam Pana Boga i mu powiem o tobie, obiecuję.
Zaniemówiłem, była naprawdę mądrą dziewczynką. Uśmiechnęła się i chwyciła mnie za rękę, podwinęła rękaw.
-Jesteś aniołem.
I znowu mnie zatkało.
-A gdzie twoi rodzice?
Wstała, wyszła na balkon i pokazała palcem w niebo.
-Tam.
Popatrzyłem
się na nią, miała w oczach szczęście, mimo w jakiej sytuacji się
znajdowała, podziwiałem ją. Chciałem jeszcze zostać, ale musiałem wrócić
do domu. Pożegnałem się z Clarą i wszedłem z sali.
Zaskoczony, że
nie było nikogo w domu, usiadłem na fotelu, włączając telewizję. Kiedy
nagle usłyszałem dźwięk otwierających się drzwi. Chwile potem do salonu
wszedł mój ojciec. Ma czarne krótkie włosy, czarne oczy i nie należy do
najwyższych.
-Gdzie ty się plączesz?-nawet się nie przywitał.
Nie miałem zamiaru odpowiadać. Popatrzyłem się na niego, lecz momentalnie przełożyłem wzrok na telewizor.
-Dzwoniła do mnie nauczycielka-kontynuował.
Wziąłem głęboki oddech, wiedziałem o co chodzi.
-Marshall-chwila przerwy- serio papierosy?
I nagle poczułem ulgę, że wie tylko i wyłącznie o papierosach.
,,Nikt nie będzie mi rozkazywał, bo nikt za mnie nie umrze''
Uradowany,
że nie trzeba iść do szkoły, wstałem z łóżka. Miałem zamiar iść do
szpitala, zobaczyć się z kuzynem James'em. Ma 15 lat, miał wypadek
samochodowy. Mieszka obok mnie.
Kiedy zjadłem śniadanie,
pojechałem do szpitala autobusem. Wszedłem po schodach. I otworzyłem
drzwi do sali. Nie było go, spanikowałem. Pielęgniarka dopiero potem
uświadomiła mi, że jego stan się pogorszył i trzeba było go operować.
Musiałem czekać przed salą. Wtedy obok mnie przeszła mała dziewczynka
bez włosów z czerwoną chustką na głowie i bardzo bladą twarzą. Weszła do
sali, potem wystawiła głowę, wpatrując się we mnie. Uśmiechnąłem się w
jej stronę, a ona natychmiastowo schowała głowę. Jednak po chwili i tak
ją zobaczyłem z uśmiechem na twarzy. Wtedy zaczęła podchodzić w moją
stronę coraz to pewniejszymi krokami. W końcu stanęła przedemną.
-Będziesz tu jutro?
-Raczej w poniedziałek.
Podała mi dłoń.
-Clara jestem-zaczęła się śmiać, zakrywając usta rękoma.
-A ja Marshall.
-Po co tu przyszedłeś?
-Do kuzyna.
-Mam prośbę.
-Słucham cię.
-Przyniósłbyś mi w poniedziałek pomarańczę.
-A możesz coś takie jeść?
-Naturalnie.
-Więc przyniosę.
Jej
twarz promieniała, miałem wrażenie, że za chwilę się na mnie rzuci.
Pobiegła do sali, otwierając drzwi, ostatni raz na mnie spojrzała i
weszła.
Teraz zastanawiam się, czy dobrze zrobiłem zgadzając się,
ale nie byłem w stanie jej odmówić. Wtedy zauważyłem James'a, był w
okropnym stanie. Miałem ochotę płakać, ale zrezygnowałem. Pielęgniarka
podeszła do mnie i powiedziała mi, że nie warto czekać i żebym poszedł
do domu, bo odwiedziny są niemożliwe i tak zrobiłem.
,,Jemy, aby żyć, a nie żyjemy, by jeść''
Aż
mi wstyd, że piszę pamiętnik. To takie ,,niemęskie'', jednak potrzebuję
się komuś wygadać i padło na wylewanie smutku, złości, radości na
kartkę.
Zacznijmy od tego, że jestem Marshall i mam 17
lat. Jestem, także Polakiem jak i Francuzem jednak mieszkam w Irlandii.
Mieszkam z ojcem (Clark) oraz jego bratem (Irvin). Chodzę do ekonomika.
Wracając do rodziny, moja matka mieszka w Warszawie, nie jest z moim
ojcem, nigdy nie była, a ja byłem tylko przypadkiem, miało mnie tu nie
być. Mój tata jest nauczycielem, uczy w szkole podstawowej przyrody oraz
w gimnazjum geografii. Nie, nie mam rodzeństwa. Interesuję się muzyką,
od dziecka gram na pianinie oraz gitarze. Lubię uczyć się obcych
języków, jak na razie umiem Polski, Francuzki, Angielki oraz
Portugalski. Co tydzień w sobotę oglądam WWE, aby odpocząć od
codzienności. Zapomniałbym lubię też rysować w szczególności ludzi,
czasami mangą.
Teraz jak wyglądam. Mam 181 cm wzrostu, jasno
niebieskie oczy. Uwielbiam farbować włosy, aktualnie mam białe.Na twarzy
mam piercing, septuna, dwa pod dolną wargą oraz dwa nad górną wargą.
Zawsze związuję na włosach bandankę, jak to wytłumaczyć...nad czołem.
Gdy pisałem pierwsze słowo, miałem tak wiele pomysłów o czym pisać, jednak teraz nie mam pojęcia od czego zacząć.
Do
naszego sąsiedztwa dwa dni temu wprowadziła się rodzina, trzyosobowa,
rodzeństwo. Z tego co mi wiadomo dwie dziewczyny 17 oraz 15 lat i brat,
który ma 22 lat.
Kiedy wyszedłem do szkoły, myśląc o wczorajszym dniu przypadkowo wpadłem na jedną z tych dziewczyn.
-Przepraszam.
Ona popatrzyła się na mnie, miała takie ładne, duże, piwne oczy i uśmiechnęła się.
-Nic się nie stało-rzekła po chwili i dodała-mieszkasz tutaj, prawda?
-Tak-na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech-Marshall jestem.
-Cameron, miło mi-uścisnęła mi dłoń-nie jesteś Irlandczykiem, prawda?
-Tak, jestem Polakiem i po połowie Francuzem.
-Z chęcią bym z tobą jeszcze porozmawiała, jednak śpieszy mi się do szkoły, na pewno się jeszcze zobaczymy.
-Mam nadzieję.
I poszła, jest piękna oraz wydaje się taka niewinna. Wyglądam przy niej jak olbrzym, ma może 160 cm wzrostu.
Po
szkole skoczyłem do Justyny. Justyna to moja przyjaciółka, pochodzi z
Polski, ale tak samo jak ja mieszka w Irlandii. Ma długie brąz włosy,
lekko kręcone i ciemne oczy. Nie mogłem zapomnieć o Cameron to takie
cudowne, że na nią wpadłem. Jestem ciekawy co z jej rodzicami. Dlaczego z
nimi nie mieszka. Boże, tak bardzo chcę ją przytulić.
Wtedy poczułem ból w ramieniu.
-Tak?-odwróciłem się w stronę Justyny.
-Co ty taki zamyślony? Pytam się trzeci raz o co chodzi w tym zadaniu z matematyki, wytłumaczysz mi?
-A mam inny wybór?
Gdy już miałem wyjść z domu Justyny, chwyciła mnie za rękę.
-Coś się stało?
-Nie, nic takiego.
I wyszedłem, kierując się w stronę domu. Zdjąłem buty i zajrzałem do lodówki, tak czy tak nic nie wyciągając.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz